sobota, 17 marca 2012

pseudo-tekst

Intrygującą tendencję, o której chcę dziś pisać, obserwuję od jakiegoś już czasu. Kilka lat minęło odkąd świadomie analizuję zastaną mnie rzeczywistość.
Odkąd z rezygnacją kręcę głową.
Najpierw, co prawda, rezygnacja to nie była.
Nie.
Bardziej złość.
Pogarda.
Teraz przywykłam do naszego pseudo-świata i pozostaję niezdumionym obserwatorem. Gotowym na wszystko. Pozbawionym chęci działania.
Zmian wprowadzania.

Pseudo-świat nasz składa się z pseudo-artystów, którzy tworzą sztukę, a raczej ... tak. Pseudo-sztukę.
Bo jak nazwać coś, co jest wytworem beztalencia, a na pewno niedużego talencia, czyli istoty nie dotkniętej iskrą bożą? Ona sama nazywa swoje pseudo-dzieła sztuką. Zapomina jednak o przedrostku pseudo. Mniej lub bardziej naumyślnie.
Pseudo-sztuka, która nas otacza wszechstronnie, jest wszechobecna, czyha na potencjalnego zainteresowanego kontemplacją pseudo-dzieła owego pseudo-artysty, pseudo-uwrażliwionego nie siląc się nawet na powierzchowne ukrycie kontekstu. Na przykrycie choćby kawałka siebie cieniutkim skrawkiem lnianej tkaniny. Na tajemnice. Na sens.
Pseudo-artysta krzyczy za pomocą swoich wytworów, nierzadko obrażających wąziutki światek prawdziwej sztuki, że ma talent, że jest wrażliwy, że trzeba go cenić, że on rozumie ten wąziutki światek prawdziwej sztuki, który poczynaniami swymi obraża i zawężą.
Pseudo-artysta jest dekadencki. Jest cieniem człowieka.
Jednak cieniem jest wielkim, gdyż, mimo pogardy i współczucia jakimi darzy pospolitych ludzi, swoją działalnością uświetnia teraźniejszość nie wspominając o przyszłości.

Pseudo-inteligenci (następna składowa pseudo-świata) natomiast kiwają z aprobatą głowami pochylając się nad dziełem znamiennego twórcy, którego zapewne dumą nie napawałby fakt, iż posiada takie właśnie grono uczniów. Przeświadczenie zrodzone w głowach pseudo-inteligentów o ich nad inteligencji oraz ponadprzeciętnie funkcjonującym umyśle jest wystarczająco silne, aby notorycznie i skutecznie (a często nawet ostatecznie) zamazywało bijącą po oczach śmieszność swoich oraz swoich współtowarzyszy poczynań.
Pseudowatości.
Operują [pseudo-inteligenci] na ogół bardziej wyszukanym słownictwem. Lubują się w tak zwanych trudnych słówkach, gdyż to podwyższa w ich mniemaniu wartość intelektualną. Myśli swe przekazują rozmówcy w sposób wyszukany, dwuznaczny, rządzący się inną niż przyjęta logiką. W sposób taki, aby dysputant/dysputanci dysputy nie byli w stanie w pełni zrozumieć założeń, przekonań, teorii dysputanta będącego właśnie pseudo-inteligentem. Celem tego zabiegu jest wprowadzenie konkurentów, współpracowników, wrogów i przyjaciół w zawirowania w okolicach kory mózgowej, zakłopotanie czy zwątpienie w siłę własnego umysłu, a co za tym idzie, uzyskanie przez niego [pseudo-inteligenta] przewagi.
Żeby osiągnąć mistrzowską niemal precyzję w (w prosty sposób) wyżej opisanym sposobie należy być pseudo-inteligentem dłuższy czas, gdyż taktyka ta wymaga znacznej zaprawy w boju oraz wymazania z pamięci mądrej maksymy mówiącej coś na wzór:
nie głupim jest człowiek, który nie rozumie słów swojego rozmówcy, jednak ten, który nie potrafi w sposób jasny myśli swych przekazać.

Należy nie bać się sarkazmu, ironii, poddawać w wątpliwość właściwe funkcjonowanie świata oraz jego współmieszkańców, hejtować co się da i jak da się najczęściej, być sceptycznym, zrezygnowanym. Podziwiać nieżyjących twórców i żałować, że takich ludzi już nie ma.

Można wtedy stać się pełnoprawnym pseudo-człowiekiem.