wtorek, 19 marca 2013

AMBER Alert! (missing child)

7.20 a.m., Conroe, TX, US.

- Hej. Spójrz na to - słyszę głos mojego chłopaka zbierającego się do wyjścia do pracy.
- Mmmm - w ten sposób wyrażam niezadowolenie. Nie obudziłam się jeszcze.
- Wiesz co to? Zobacz - czuję, że wchodzi na łóżko i sunie do mojego boku.
- Cooooo? - Pytam przesuwając kawałek koronkowej opaski na oczy na czoło.
- Wiesz co to znaczy?
Przed moim jednym okiem, które naraziłam na jasność poranka pojawia się iPhone. Na jego wyświetlaczu widnieje napis: Amber Alert
- Nie... Huragan? - Odpowiadam nieco skołowana i nie do końca przytomna.
- No chyba nie... To chyba jak porwą dziecko...
- Nie wiem... Chyba tak. Widziałam wczoraj jak wchodziliśmy do sklep, że kogoś kidnapping, czy coś. Sprawdzę jak wstanę.
Nasunęłam opaskę z powrotem na swoje miejsce, otrzymałam buziaka w policzek i pogrążyłam się w słodkim półśnie.

Tymczasem policja z Houston poszukiwała Stephanie Phillips - czteromiesięczną dziewczynkę porwaną przez faceta swojej 26-cio letniej matki niebędącego biologicznym ojcem dziecka.
Przez komunikaty radiowe i telewizyjne, a w głównej mierze Internet (to przez niego w oparciu o lokalizację na iPhone pojawił się komunikat. Po wpisaniu w wyszukiwarkę Google frazy "Amber Alert Houston" wyskoczyło mi to) informując obywateli o pomocnych w identyfikacji sprawcy i ofiary detalach, takich jak miejsce, w którym byli widziani po raz ostatni, marka, kolor i numery rejestracyjne samochodu (skradzionego przez) poszukiwanego, jego dane osobowe, zamieszczenie mapki z zaznaczonym obszarem w obrębie, którego mogą znajdować się poszukiwani, a od około dwóch godzin po publikacji pierwszych informacji upublicznione zostały również zdjęcia twarzy Stephanie - zaginionego dziecka oraz podejrzanego, Byrona Gee('a).
Pod zdjęciami zamieszczony jest pełny opis, który pomaga w identyfikacji poszukiwanych.



Korzystanie z rozwoju technologicznego usprawnia pracę policji oraz umożliwia pomoc obywateli. Każdy otrzymuje informacje na swój telefon komórkowy i traktuje sprawę dużo bardziej personalnie niż gdyby przeczytał o tym przez przypadek podczas porannego śledzenia wydarzeń, bądź słuchając radia w drodze do pracy. Teraz nieświadomie, mimowolnie i automatycznie będzie poszukiwał wzrokiem białego Forda Expedition z 1999 roku oraz czarnego młodego mężczyzny, bosego z małym, również czarnoskórym dzieckiem.

AMBER Alert jest inicjatywą The National Center for Missing & Exploited Children. Obszary na terenie, których prowadzona jest działalność organizacji to: Canada, New York, Florida & Texas. Więcej informacji na temat The National Center for Missing & Exploited Children i programów (i.im. AMBER Alert) pod tym linkiem.


sobota, 2 marca 2013

Fajna rupieciarnia - Jazzy Junique

Musze przyznać, że doskonalę zdaję sobie sprawę z tego, że aż za długo milczałam. Wiem. Nie na tym przecież polega prowadzenie bloga. Posty powinny być zamieszczane częściej i regularnie (optymalnie 2-3 razy w tygodniu). Ale w moim wypadku...
To tak, jakbyście usiłowali psiakowi wbić do jego fantastycznego pieskiego łebka, że w sobotni poranek po ostrej imprezie nie powinien odczuwać potrzeby skorzystania z przydomowego trawnika, a jeśli już to zrobić to szybko, bez zabawy i różnych takich. I on nawet gdzieś tam, w tej swojej jaźni, imaginacji etc. może to pojmować. Coś mu może świtać, są jednak kwestie silniejsze od naszej dobrej woli (zła wola czy nowe zapachy na przykład) czy czegoś.
Tak też właśnie ze mną jest.

Dawno nic nie pisałam, ale to nie znaczy, że próżnowałam. Znalazłam kolejne miejsce, o którym chcę i będę dziś pisać.

Tym razem zawędrowałam nieco za Polskę, za Europę, za Wielką Wodę. (Brzmi to jakbym była nieokiełznanym podróżnikiem, co niestety mija się z prawdą. Lecz znam kogoś, kto pretenduje do tego miana, więc jakąś tam stycznością z "wagabundowatością" mam (i nie mam bynajmniej na myśli Włóczykija z "Muminków", choć łączy ich parę cech)...)

Miejsce, które będzie przedmiotem niniejszego postu (jestem w trakcie pisania pracy magisterskiej. Wybaczcie mi ten ton) to Jazzy Junque & Other Great Stuff w Conroe w stanie Texas. Mają stronkę internetową i fun page'a na Facebooku.

Tak na marginesie: Wiecie, że jazz (taki gatunek muzyczny) narodził się w USA (dlatego myślę, że Amerykanie z całą pewnością mogą używać pochodnej tego słowa, czyli słówka jazzy do uatrakcyjnienia swoich gratów), a twórcami byli "nieznający nut potomkowie niewolników"? Hm... Teraz już wiem, dlaczego w filmach zawsze Czarni najlepiej grają na pubowych fortepianach bądź na trąbkach.

Do JJ trafiłam jak zwykle przypadkiem podczas urządzania mieszkania (brzmi jakbym zajmowała się takimi rzeczami zawodowo. Fajnie. Musze nad tym pomyśleć) w Conroe, znajdującego się w sąsiedztwie wspaniałego Houston (tak, tak. Wiem: "Houston, mamy problem").

Kiedy przeszliśmy przez próg powitała nas "dojrzała" pani ("Hello, how are you today" - typowy zwrot, dlatego celowo nie wstawiłam pytajnika, gdyż jest to życzliwa klasyczna formułka, a nie pytanie, co zresztą wie chyba każdy kto miał w szkole lekcje języka angielskiego), a właściwie lady.
Zapytała, czy jesteśmy tu po raz pierwszy, a gdy potwierdziliśmy szybciutko poinformowała czym właściwie jest Jazzy Junique(, bo oczywiście nie tylko sklepem).

Jazzy Junique jest organizacją charytatywną tworzoną przez mieszkańców New Denville (działających na ogół w ramach wolontariatu) dla mieszkańców New Denville. Dochód ze sprzedaży przeznaczany jest na pomoc niepełnosprawnej części lokalnej społeczności, tak aby wszyscy oni (ci zdrowi i upośledzeni) mogli żyć wspólnie, a nie tylko obok siebie, budując szczęśliwą community.
- Ooooch! How lovely! (Pomyślałam ja, a na głos powiedziała to następna klientka po usłyszeniu owych informacji)
Później lady zapytała, czy może w czymś pomóc? Nie mogła, więc powiedziała żeby pytać w razie pytań i takie tam other great stuff.

Znalazłam kilka fajnych egzemplarzy spośród bogatej i różnorodnej oferty. A było tam praktycznie wszystko! Od komód, stołów i krzeseł przez talerze, półmiski, poduszki, skarpetki, teksańskie klamry do pasków aż po brożki i kolczyki.
Ostatecznie zdecydowałam się na zakup przecenionych o połowę (czyli za dolara + tax) dwóch talerzyków, których zdjęcia znajdziecie poniżej.

Podoba mi się ten sklepik. Mam zamiar wkrótce do niego wrócić, aby upolować kolejne ciekawe przedmioty. Unikatowe i niepowtarzalne.

To takie vintage i z duszą miejsce. W sam raz dla osób aspirujących do otrzymania zaszczytnego miana artystki. ;)