czwartek, 10 listopada 2011

I oto jacy jesteśmy

A właściwie to jacy?
Patrzę w lustro, ale nic specjalnego nie wiedzę.
Konkretów też brak. Jakaś mieszanka bliżej niezinterpretowana.
Czego?
Moich przodków. To genetyczne. Wygląd, sposób poruszania się, preferencje...
Ale to też właściwie próba realizacji pewnego idealnego celu powstałego w mojej głowie. Obrazu osoby, którą dobrze byłoby być ( w miarę możliwości oczywiście ;)).
Jednak czy postać ta - pragnienie, do którego zaspokojenia dążę stale, bez wytchnienia, do końca, nieskończenie podnosząc poprzeczkę nigdy niegotowa być w pełni z siebie (jej?) zadowolona - nie jest reakcją na domniemane oczekiwania otoczenia? Ludzi, którzy są ważni i chcę, aby mnie akceptowali taką jaka jestem, więc staję się nie-sobą? I znów zahaczam o mój ulubiony wątek masek, ale nie o tym teraz miało być... Więc nie. Póki potrafię nad sobą zapanować.
Mam mętlik w głowie i usiłuję go uporządkować. Posegregować myśli i uczucia niekiedy tak sprzeczne, iż zdawałoby się niemożliwym, by były wytworem umysłu jednej tylko osoby.
Na ogół pisanie mi w tym pomaga... Zobaczymy ;]

Najpierw zaczynać powinno się od siebie.
So...
Kim jestem?
Oglądałam kiedyś taki film... i główna bohaterka, która stała się bardzo złą osobą (wewnętrzny potwór przejął stery) powiedziała do swoich znajomych "to wy mnie taką stworzyliście! To wasza wina!". A później poszła siedzieć. Mniejsza z tym.
Miała racje? Prawda była taka, że usiłowała spełnić oczekiwania środowiska, w którym się obracała i w rezultacie zagubiła się. Nie miała nikogo przy kim mogłaby być sobą-sobą (taką prawdziwą sobą) i to zniszczyło ją psychicznie. Miała gigantyczne kompleksy więc zabiła siostrę, zajęła jej miejsce w hierarchii towarzyskiej i tym samym została "Małą Księżniczką" zbyt szybko zmierzającą w stronę urwiska. Spadła. Ale nie długo i upadek bolesnym zbyt też nie był, bo była ładna, posiadała zdolności manipulacyjne, a jej wyniszczona psychika paradoksalnie silna była.

Czy rzeczywistość, jej odbiór, powstaje w głowie? Czy jest możliwość, że mając określone odczucia, ba! uczucia i wyobrażenie sytuacji, interpretując zdarzenia, zbyt naginamy realny obraz stwarzając świat, którego nie ma? Co więcej: osoby współuczestniczące z jednostką w tymże wydarzeniu odbierają je zupełnie inaczej niż ona?
Zagmatwałam się. ;)

I tak też się stało, że zgubiłam wątek. Nadal nie wiem kim jestem, lecz jak będę ładna to sobie poradzę. Takie wnioski wyciągnęłam z moich rozważań, ale Wy tego nie róbcie.

A może wiecie kim jesteście?
(i teraz nikt nie skomentuje...ale wtopa ;b)

2 komentarze:

  1. Nawet jeśli wiedzą, zapewne boją się wyjść na zadufanych samozwańców :)
    Myślę, że w momencie kiedy gubi się siebie, nie wie kim się jest, najlepiej uznać się za podróżnika- i może nawet niekoniecznie szukać swojego miejsca w świecie, po prostu mieć świadomość tego, że w danej chwili można być kim tylko się chce. Nikt tak nie zbiera doświadczeń, jak podróżnicy.

    OdpowiedzUsuń
  2. Czyli podróże dosłowne i w przenośni? Fajny pomysł. Wyruszę na wycieczkę do wnętrza siebie. I prawda stara jak świat: podróże kształcą. :)

    OdpowiedzUsuń